Namacalność fotografii

  Kamil Hoffmann: W krótkim eseju o fotografii, który znaleźć można na stronie internetowej Okręgu Kujawsko-Pomorskiego Związku Polskich Artystów Fotografików pisze Pan, że fotografia istnieje przede wszystkim jako obiekt materialny, jako przedmiot, a nie tylko samo zjawisko utrwalenia obrazu. Jak rozwinąłby Pan tę myśl? Marek Noniewicz: Przytoczona opinia dotycząca materialności fotografii wiąże się bezpośrednio z … Czytaj dalej Namacalność fotografii

Namacalność fotografii

 

Kamil Hoffmann: W krótkim eseju o fotografii, który znaleźć można na stronie internetowej Okręgu Kujawsko-Pomorskiego Związku Polskich Artystów Fotografików pisze Pan, że fotografia istnieje przede wszystkim jako obiekt materialny, jako przedmiot, a nie tylko samo zjawisko utrwalenia obrazu. Jak rozwinąłby Pan tę myśl?

Marek Noniewicz: Przytoczona opinia dotycząca materialności fotografii wiąże się bezpośrednio z moją praktyką artystyczną. Uważam, że skończona praca powinna mieć wymiar materialny. Mam natomiast świadomość tego, że w kulturze współczesnej fotografia funkcjonuje bezpostaciowo, jest efemeryczna, istnieje jako ciąg kodów zero-jedynkowych, które wyświetlają się na monitorach. Taka efemeryczna fotografia obecna jest również w obszarze sztuki, ale prywatnie jestem przywiązany do czegoś bardziej zakotwiczonego w materialności. Wydaje mi się, że jest to ważne.

Fot. Łukasz Ułanowski

Oglądając ekspozycję stałą Muzeum Fotografii w Bydgoszczy, odniosłem wrażenie, że Muzeum skupia się głównie na tym materialnym aspekcie historii fotografii. Są tu aparaty z różnych etapów rozwoju fotografii, są lampy, powiększalniki, chociaż koreksów nie zauważyłem…

Koreksy są w ciemni. Mamy ciemnię, w której w sposób praktyczny prezentujemy, jak kiedyś wyglądała praca nad fotografią. Dzięki temu zwiedzający Muzeum nie tylko oglądają eksponaty, ale mogą też doświadczyć tej materialności. Właśnie ciemnia jest miejscem, w którym można dotknąć materii fotografii.

Słusznie pan zauważył, że ekspozycja zbudowana jest głównie wokół  tego, jak fotografia wyglądała kiedyś. Gdybyśmy chcieli gromadzić współczesne eksponaty związane z fotografią cyfrową, to nie mielibyśmy ich gdzie pomieścić. Co i rusz pojawia się nowy sprzęt, który często od poprzedniego różni się wyłącznie detalami w oprogramowaniu. Zmiany w poszczególnych modelach aparatów są niewidoczne. Takie eksponaty wymagałyby zatem rozbudowanego opisu.

Muzeum Fotografii związane jest z historią bydgoskiego, a zarazem polskiego, przemysłu fotochemicznego, który swoje korzenie miał właśnie tutaj, w Bydgoszczy. Wokół tej lokalnej historii rozwijany jest wątek Muzeum. Pierwsze zakłady fotochemiczne w Polsce to bydgoska Alfa założona w 1926 roku. Jeszcze przed wojną pretensje do nazwy zgłaszali Niemcy, zwracając uwagę na zbieżność nazwy Alfa z Agfą. W okresie okupacji, czasach zarządu komisarycznego, wytoczono Alfie kolejny proces, który został przez Polaków przegrany i pojawiła się Opta. Po zakończeniu wojny, zakłady upaństwowiono i przekształcono w Foton, który funkcjonował nieprzerwanie do 2007 roku.

 

Muzeum Fotografii w Bydgoszczy nie jest tylko kolekcją eksponatów związanych z historią fotografii, instytucja prowadzi przecież szeroką działalność edukacyjną.

W działalności edukacyjnej nastawiamy się przede wszystkim na lekcje fotografii i różne warsztaty. Wychodzimy z założenia, że fotografia jest rodzajem współczesnego alfabetu, bo niejednokrotnie komunikujemy się dziś obrazami, np. zamiast coś napisać wysyłamy MMS. Pokolenie nowego tysiąclecia jest wychowane całkowicie na obrazach cyfrowych. Podczas lekcji fotografii pokazujemy im, jak ten alfabet się rozwijał: jak kiedyś wyglądała fotografia, że uzyskanie obrazu wcale nie było takie proste a fotografia była mocno zakotwiczona w manualności. To działa. Zawsze na początku takich zajęć opowiadam o historii fotografii, o historii przemysłu fotochemicznego w Bydgoszczy. Bywa, że młodzież tą częścią teoretyczną troszkę się zmęczy, ale kiedy tylko wchodzimy do ciemni i zaczyna się część demonstracyjna, to zawsze słyszę to zwyczajowe: Wow! Gdy widzą, jak powstaje obraz, dostrzegają ten element tajemnicy i alchemii, który był u podstaw fotografii. Okazuje się wówczas, że ta magia nadal działa.

Chociaż są też sytuacje anegdotyczne. Na przykład dzieci, które oglądają przy wejściu camera obscura, mówią do mnie: proszę pana, ten monitor jest do góry nogami…

Fragment ekspozycji Muzeum Fotografii w Bydgoszczy.
Fot. Kamil Hoffmann

Czy uczniowie uczestniczący w tych lekcjach, pojawiają się później na warsztatach, czy chcą się dowiedzieć czegoś więcej?

Nie pamiętam takiej sytuacji, żeby ktoś z uczestników lekcji pojawił się później na warsztatach dla osób fotografujących, ale bywa, że pojawiają się na warsztatach rodzinnych. Są one rozbudowaną formą lekcji, ofertą dla rodzin, która cieszy się dużą popularnością. Zachęcamy rodziny do wspólnego spędzania czasu w intrygujący i ciekawy sposób, a zainteresowanie tymi warsztatami pokazuje, że mają one głęboki sens. Zdarza się, że dzieci, które przychodzą tutaj najpierw same na lekcje fotografii czy na zajęcia w ramach półkolonii, pojawiają się później razem z rodzicami.

 

Czy Pana zdaniem fotografia historyczna może być dziś jeszcze atrakcyjnym medium dla artystów fotografów?

To zależy od stopnia zainteresowania. Moda albo – nazwijmy to – renesans technik historycznych trwa nadal. Od 2001 roku organizowany jest Światowy Dzień Fotografii Otworkowej, zawsze w kwietniu, w tym roku – 28 kwietnia. To projekt wirtualny, uczestnicy pokazują swoje prace na stronie internetowej z opisem w jaki sposób i kiedy fotografia została zrobiona. Kiedyś przeglądałem, jak kształtowała się liczba uczestników, liczba krajów, które biorą udział w projekcie. Największy boom był w latach 2015-2016, ale pomimo spadku zainteresowania, który ostatnio nastąpił, wciąż uczestników jest znacznie więcej niż w roku 2001.

Muzeum Fotografii w Bydgoszczy organizuje Warsztaty Retro fotografii, które prowadzę. Pod nazwą „Retro” nie kryje się nic innego, jak posługiwanie się dawnym nośnikiem czyli filmem i papierem fotograficznym. Pokazuję po kolei, jak kiedyś uzyskiwano produkt finalny – zdjęcie. Zawsze znajdują się odbiorcy i są to osoby naprawdę w różnym wieku. Podobnie jest, kiedy organizujemy warsztaty technik XIX-wiecznych: cyjanotypii czy papieru solnego. Pojawiają się osoby, które chcą w ten sposób poszerzyć swój warsztat artystyczny, poznać nowe, inne medium.

 

Na warsztatach pojawiają się zatem głównie osoby, które już fotografują, osoby zaawansowane?

Tak, są to osoby już fotografujące. Wśród uczestników Warsztatów Retro fotografii była raz dziewczyna – już z tego pokolenia „cyfrowego”, ale przyznała, że komórką właściwie nie fotografuje, cyfrowego aparatu nie ma. Miała natomiast Zenita, którym robiła zdjęcia czarno-białe. Dotychczas oddawała je do obróbki, ale postanowiła rozbudować swój warsztat i zacząć samodzielnie wywoływać swoje zdjęcia. Gdy rozmawialiśmy, przyznała, że bardzo się jej podoba ta namacalność fotografii wykonywanej na filmie i papierze światłoczułym.

 

Jakie są plany Muzeum Fotografii i Pana prywatne marzenia jako kustosza instytucji?

Uczestniczymy w projekcie Kultura w zasięgu 2.0 związanym z digitalizacją zasobów. Czekamy na sprzęt, który w ramach tego projektu ma do nas trafić. Chciałbym, żeby Muzeum mogło jeszcze bardziej zaistnieć w formie wirtualnej; aby można było nie tylko wejść na stronę internetową i dowiedzieć się, jaką mamy aktualnie wystawę czy jakie planujemy warsztaty, ale też aby można było odbyć wirtualną podróż po Muzeum, obejrzeć eksponaty. W ten sposób moglibyśmy przyciągać do nas kolejne osoby. W planach jest też rozwój Bydgoskiej Akademii Fotografii, która jest bardziej zaawansowanym kursem fotograficznym i również znajduje wielu odbiorców. W najbliższej przyszłości zamierzamy zorganizować kilka interesujących wystaw i wydarzeń, ale nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów…

Fragment ekspozycji Muzeum Fotografii w Bydgoszczy.
Fot. Kamil Hoffmann

Jest Pan autorem tematu tegorocznego konkursu KATAR Fotografia. Proszę choć trochę rozwinąć myśl, zawartą w haśle Poza obrazem

Ten temat trochę wynika z potrzeby refleksji nad zjawiskiem pewnej nadmiarowości, która cechuje kulturę wizualną. Redundantność fotografii współczesnej jest faktem, wciąż powstają kolejne obrazy niosące tę samą treść, co osłabia ich siłę odziaływania. Stąd moja myśl: może poza obrazem tworzy się jakaś historia, jakaś opowieść. Chciałbym, żeby to hasło zmusiło potencjalnego uczestnika konkursu do namysłu: Co chcę pokazać?, Co chcę opowiedzieć? Nie chodzi o to, żeby tylko zrobić zdjęcie i wysłać na konkurs. Tym obrazem autor może coś zakomunikować, może przekazać jakąś myśl, podzielić się swoją refleksją. Chciałbym aby ktoś, kto ogląda czuł to samo, co autor, kiedy robił zdjęcie. Można o tym opowiedzieć… Jednym zdjęciem pewnie trudno, ale może serią? Ten temat może sprowokuje do zbudowania za pomocą fotografii jakiejś narracji, historii.

 

Czyli podążalibyśmy tropem decydującego momentu Henry Cartier-Bressona?

Chyba nie. Hasło decydujący moment dotyczy tego, co jest tu i teraz, chwili, wycinka. W realizacji tematu Poza obrazem ważniejsza wydaje mi się obserwacja rzeczywistości. Myślę, że mogłaby to być taka „snująca się rzeczywistość”, z której powoli wyłania się jakaś opowieść. Prywatnie mniej podobają mi się zdjęcia Cartier-Bressona, natomiast znacznie bardziej fotografie Roberta Franka. Pozornie nic się na nich nie dzieje, a jednak są one pełne opowieści, pełne kadrów, w których każdy może sobie próbować „dowymyślać”, co było z boku, jak wyglądała reszta przestrzeni; dlaczego autor wykadrował akurat w ten sposób – niby banalnie, ale ten obraz odsyła nas gdzieś dalej.

 

Bardziej z boku czy przedtem i potem też?

Myślę, że też.

 

Dziękuję za rozmowę.