GINĄCE ZAWODY MIĘDZY RĘKODZIEŁEM I DUCHOWOŚCIĄ

Ponad dwadzieścia lat temu Ministerstwo Kultury i Sztuki zainicjowało Program ochrony ginących zawodów i umiejętności rękodzielniczych w Polsce Ginące zawody. Uznano tym samym, że dziedzictwo niematerialne – np. szczególne umiejętności rękodzielnicze – jest istotnym elementem kultury narodowej. Samo pojęcie ginące zawody użyte w tym kontekście było dość mylące. Z jednej strony do owych zawodów zaliczono … Czytaj dalej GINĄCE ZAWODY MIĘDZY RĘKODZIEŁEM I DUCHOWOŚCIĄ

GINĄCE ZAWODY MIĘDZY RĘKODZIEŁEM I DUCHOWOŚCIĄ

Ponad dwadzieścia lat temu Ministerstwo Kultury i Sztuki zainicjowało Program ochrony ginących zawodów i umiejętności rękodzielniczych w Polsce Ginące zawody. Uznano tym samym, że dziedzictwo niematerialne – np. szczególne umiejętności rękodzielnicze – jest istotnym elementem kultury narodowej. Samo pojęcie ginące zawody użyte w tym kontekście było dość mylące. Z jednej strony do owych zawodów zaliczono tylko rzemieślników zajmujących się wytwarzaniem trwałych dóbr materialnych, z drugiej zaś, epitet ginący odnosił się zarówno do zawodów, których wytwory przestały być poszukiwane przez klientów, jak i do tych, których wytwory nadal cieszą się popularnością, ale zmieniły swoją funkcję. Chociaż definicja ginących zawodów jest bardzo nieostra, warto poznawać z bliska warsztat i metody pracy rzemieślników, których umiejętności są coraz mniej powszechne. Okazją do spotkania z zanikającym rzemiosłem jest wystawa fotogramów Macieja Kastnera Ginące zawody, prezentowana w Galerii Spotkań WOAK od 10 do 30 września 2015 r.

Człowiek od zarania używał narzędzi, toteż początki rzemiosła są niemal tak dalekie, jak historia ludzkości. Jednak bardzo długo nie była potrzebna specjalizacja rzemieślników – prawie każdy był samowystarczalny, w przedsięwzięciach wymagających większego nakładu pracy, takich jak np. budowa domu, można było liczyć na pomoc sąsiedzką. Wyodrębnianie się rzemiosła jako osobnego sektora gospodarki rozpoczęło się około XI wieku i wiąże się z dwoma procesami: rozwojem miast i rozwojem gospodarki opartej na pieniądzu, a nie wymianie towarów i usług.

Coraz liczniejsze w Europie miasta były złożonymi organizmami, w których potrzebni byli wyspecjalizowani wytwórcy. Otrzymywali oni za swoją pracę zapłatę, dzięki czemu nie musieli zajmować się rolnictwem. O to, aby zapłata ta nie była za niska dbały cechy – stowarzyszenia rzemieślników jednej branży. Benedykt Zientara w pracy Społeczeństwo polskie od X do XX wieku pisze: Ceny musiały sięgać takiego poziomu, aby właściciele warsztatów żyli dostatnio wraz z rodzinami. Dla utrzymania wysokich cen na wyroby rzemieślnicze likwidowano konkurencję poprzez reglamentację dostępu do zawodu oraz poprzez ograniczanie dowozu wytworów rzemieślniczych spoza miasta. Niekiedy troska o popyt przyjmowała formy bardzo drastyczne. Jak pisze Zbigniew Skuza w pracy Ginące zawody w Polsce: …toruńscy piekarze np. przeprowadzali rewizje przy bramach miasta i rekwirowali chleb. Takie postępowanie nie spotykało się z akceptacją mieszczan, toteż wielokrotnie dochodziło do sporów pomiędzy cechami i radami miast czy szlachtą.

fot. Maciej Kastner

fot. Maciej Kastner, Ciesielstwo
Bractwa rzemieślników były bardzo wpływowe, co potwierdzają spisane w Kodeksie Behema z 1505 r. ustawy poszczególnych cechów. Członkiem cechu mógł zostać samodzielny rzemieślnik – mistrz, posiadający własny warsztat. Tylko mistrz miał prawo zatrudniać uczniów, których jedynym wynagrodzeniem za pracę była często możliwość nauki zawodu. Terminowanie u mistrza kończył egzamin czeladniczy, po jego zdaniu uczeń stawał się pracownikiem warsztatu, a często również rzeczywistym lub symbolicznym członkiem rodziny mistrza. Kolejny etap – od czeladnika do mistrza – był już trudniejszy: reglamentując dostęp do zawodu, cechy stawiały przed adeptami wysokie wymagania: …czeladnik musiał przepracować kilka lat pod kontrolą doświadczonego mistrza, pisze Benedykt Zientara. I dalej: musiał wykazać się doskonałością w rzemiośle, która znajdowała wyraz w tzw. pracy mistrzowskiej (majstersztyk – specjalne trudne zadanie, wyznaczone kandydatowi na majstra przez starszych cechu i wykonywane przez niego na własny koszt i z własnego surowca). […] Z czasem wprowadzono jeszcze dla czeladników obowiązek wędrówki po różnych miastach w kraju i za granicą, teoretycznie w celu poznania tamtejszej techniki. Nie każdy czeladnik z takiej podróży wracał, niektórzy zamiast kosztownego wyzwolenia wybierali inną formę działalności i zostawali partaczami. Określenie to kiedyś nie było nacechowane pejoratywnie, jej źródłem jest łacińskie określenie a parte, czyli „poza” [cechem, bractwem]. Zbigniew Skuza zauważa, że partacze …produkowali taniej, więcej, a często i lepiej. Podczas swoich „wędrówek wyzwoleńczych” zdobywali nowoczesną wiedzę techniczną o produkcji.

Pomimo wielu zastrzeżeń, które były wówczas i są wciąż formułowane wobec średniowiecznych cechów, trzeba docenić ich istotną historyczną rolę. Niewątpliwie cechy dbały o jakość produkcji rzemieślniczej, gdyż w ich strukturach działały sądy, przed którymi stawali niesolidni wytwórcy. Benedykt Zientara przypomina też: Cech był jednocześnie organizacją, która spieszyła swoim członkom z pomocą w razie nieszczęść czy kłopotów osobistych, wspomagała wdowy i sieroty, organizowała wspólne życie towarzyskie i religijne. Toteż obok warsztatów, w których rzemieślnicy spędzali godziny pracy, inne jeszcze miejsca pełniły w życiu cechu ważne funkcje: gospoda cechowa, kaplica lub ołtarz cechowy i zbrojownia cechowa. W dniach, gdy miastu groziło niebezpieczeństwo, cech miał za zadanie obsadzić załogą określoną basztę czy część murów.

Przyjęcie do cechu było swoistym rytuałem inicjacyjnym, jak zauważa Mircea Eliade w eseju Kowale i alchemicy: Rzemieślnik jest więc znawcą tajemnic, magiem – dlatego wszystkie rzemiosła wymagają inicjacji i przekazywane są poprzez tajemną tradycję. Robić skutecznie działające przedmioty – to wiedzieć, to znać tajemnicę ich wyrobu. O najbardziej spektakularnej – i zarazem otoczonej nimbem tajemnicy – formie inicjacji można mówić w odniesieniu do cechu budowniczych katedr, z którego z czasem wyłoniło się – nie związane już z wytwórczością – wolnomularstwo.

Inaczej kształtował się rozwój rzemiosła wiejskiego. Chłopi starali się być samowystarczalni, zmuszała ich do tego bieda – nie mieli czym płacić za wytwory rzemiosła. Zbigniew Skuza zauważa jednak: Wytwórczość rękodzielnicza […] występowała także w formie działalności rzemieślniczej. Prowadzący ją rzemieślnicy […] posiadali największy w otaczającym ich środowisku zasób wiedzy zawodowej, dobrze wyposażony warsztat, zestaw niezbędnych narzędzi i umiejętność posługiwania się nimi. Ich produkcja była seryjna, na warunki wsi masowa. Uwalniali chłopów od prac trudniejszych, wymagających kwalifikacji, np. naprawa koła, wyrób beczki czy pokrycie dachu słomą. Fachowcy ci nie mieli uprawnień formalnych, […] wykonywane przez siebie rzemiosło traktowali jako zajęcie dodatkowe, uprawiane dorywczo, równolegle z gospodarstwem rolnym. Nieliczni byli rzemieślnicy, którzy pracę w swoim warsztacie traktowali priorytetowo, jako główne źródło utrzymania.

 

Zapanować nad ogniem, aby opanować żelazo

Do zawodów obdarzonych szczególnym statusem z pewnością należy kowalstwo. Początek metalurgii uprawianej na skalę przemysłową [a zatem również kowalstwa – dop. kmh], można umiejscowić w górach Armenii około 1200-1000 p.n.e. – pisze Mircea Eliade. Archeolodzy na terenach państwa Hetytów (obecna Anatolia) odnaleźli co prawda wyroby z kutego żelaza pochodzenia meteorytowego datowane na około XV-XIV w. p.n.e., lecz, jak zaznacza Eliade: Ludzie „pierwotni” obrabiali żelazo z meteorytów na długo zanim nauczyli się używać rud powierzchniowych. […] użycie meteorytów nie mogło zainicjować właściwie rozumianej „epoki żelaza”. Przez cały ten okres metal był rzadko spotykany (i ceniony równie wysoko jak złoto), a jego użycie miało charakter raczej rytualny.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że rozwój kowalstwa istotnie przyczynił się do rozwoju całej cywilizacji. Od zarania ludzie korzystali z narzędzi, ale dopiero zdobycie umiejętności pozyskiwania i obróbki żelaza umożliwiło rozwój innych rzemiosł. Z wytworów kowala korzystano w pracy na roli, wykutych w kuźniach narzędzi używali na co dzień cieśle i stolarze, rymarze i szewcy, krawcy i wszyscy inni rzemieślnicy. W kuźniach powstawały też półprodukty dla bednarzy i kołodziejów. Pierwotnie terminem kowalstwo określano każde rzemiosło polegające na obróbce metalu. Oczywiście inne były wytwory kuźni miejskich, inne wychodziły spod młota kowala na wsi. Z czasem wydzieliły się z tej profesji różne specjalizacje, m.in. ślusarstwo, płatnerstwo, gwoździarstwo, rusznikarstwo czy nożownictwo.

fot. Maciej Kastner

Fot. Maciej Kastner, Kowalstwo

Kowale byli w swoim otoczeniu bardzo szanowani, cieszyli się dużym autorytetem. Zbigniew Skuza pisze: Uważani byli za dobrych fachowców, umieli przecież łączyć metalowe części, przekształcać bezkształtny metal w potrzebne narzędzia i przedmioty. Nauka zawodu trwała długo. A umiejętności były przekazywane z pokolenia na pokolenie.

W pełni uzasadnione w świetle współczesnych badań geologicznych i astronomicznych przeświadczenie o tym, że żelazo pochodzi „z nieba” wpłynęło na postrzeganie kowala. Mircea Eliade zauważa: …na różnych poziomach kulturowych istnieje od dawna bliska więź pomiędzy sztuką kowalską, wiedzą tajemną (szamanizmem, magią, uzdrawianiem itd.) i sztuką pieśni, tańca i poezji. Te pokrewne techniki są, jak się zdaje, przekazywane w atmosferze nasyconej sacrum i tajemnicą, z udziałem inicjacji, specyficznych rytuałów i „tajemnic zawodu”.

Rewolucja przemysłowa i postęp technologiczny sprawiły, że współczesny kowal nie wytwarza już niezbędnych przedmiotów codziennego użytku. Dziś w kuźni pracują artyści – kowalstwo przetrwało, ale zazwyczaj obdarzone przydomkiem artystyczne. Spod młotów wychodzą przede wszystkim ozdobne kandelabry, świeczniki, elementy małej architektury lub ogrodzeń. Oczywiście znacznie mniejsza jest obecnie liczba kowali, którzy z fachu tego uczynili źródło utrzymania, a trudno zawód ten uprawiać hobbystycznie choćby ze względu na koszt budowy i wyposażenia kuźni. Rozpatrując kowalstwo jako zawód ginący, trzeba zatem zaznaczyć, że rzemiosło to nie zanika, ale na przestrzeni minionych trzech tysięcy lat istotnie się przeobraziło.

Podobne zmiany dotknęły plecionkarstwa, ale – jak zaznacza Zbigniew Skuza – rzadko był to wyspecjalizowany zawód, było raczej niezbędną umiejętnością każdego mieszkańca wsi, którą opanowywano na mniej lub bardziej zaawansowanym poziomie. Doświadczony plecionkarz potrafił wykonać nawet konwie, które wykorzystywano jako wiadra strażackie przy gaszeniu pożarów. Początków plecionkarstwa można szukać wśród ludów zbieracko-myśliwskich kilkanaście tysięcy lat temu. Wyplatano przede wszystkim lekkie i mocne pojemniki na żywność. Przez wieki wyroby plecionkarskie prezentowały szeroką gamę surowców, form i sposobów wykorzystania. Były wyrabiane z wikliny, korzenia sosny i jałowca, rogożyny, słomy, kory brzozowej, łyka lipowego i wiązowego, młodych pędów leszczyny, dębu, jałowca i świerka. Współczesne plecionkarstwo to przede wszystkim rzemiosło artystyczne, którego wytwory upodobali sobie szczególnie miłośnicy stylu rustykalnego. Mogą to być zarówno wciąż bardzo popularne kosze i koszyki wiklinowe, słomiane kapelusze, jak i meble czy elementy wystroju wnętrz.

 

Japońska technologia, czyli najstarsze rzemiosło świata

Kolejnym rzemiosłem, które nie zginęło, ale mocno się przeobraziło jest garncarstwo. Kiedyś gliniane garnki stanowiły podstawowe wyposażenie każdej kuchni. Służyły do gotowania i zapiekania potraw, przechowywania żywności, kiszenia barszczu, a także do transportu gotowych posiłków. Wśród archeologów przeważa opinia, że garncarstwo najwcześniej wyodrębniło się jako wyspecjalizowane rzemiosło.

Najstarsze naczynia ceramiczne wytworzono na terenie Archipelagu Japońskiego około 14 tysięcy lat temu. W Japonii zwykło się ten czas nazywać jômonshiki-bunka (kulturą wzorów sznurowych) – pisze Wiesław Kotański w pracy Dziedzictwo japońskich bogów. Owe wzory sznurowe to motyw umieszczany na wytwarzanych wówczas naczyniach ceramicznych. Określanie najdawniejszych okresów rozwoju cywilizacji na podstawie charakterystycznych cech wykopanych artefaktów ceramicznych jest powszechną praktyką w archeologii. Podkreślone zostaje w ten sposób istotne znaczenie garncarstwa w rozwoju – każdej, nie tylko japońskiej – cywilizacji.

Doskonalona przez stulecia technologia modelowania gliny – u zarania ręcznie, w następnych tysiącleciach na kole garncarskim – i późniejszego wypalania w specjalnych piecach u progu ery nowożytnej zaczęła przegrywać z naczyniami metalowymi, szklanymi i porcelanowymi. Jednak na wsi, ze względu na niski koszt pozyskania i obróbki gliny, garncarstwo utrzymało się znacznie dłużej. Wciąż powstają piękne naczynia, które pełnią zazwyczaj funkcję ozdób. Garncarstwo przeszło zatem podobną drogę jak kowalstwo – stało się rzemiosłem artystycznym.

fot. Maciej Kastner

fot. Maciej Kastner, Garncarstwo

Z postępem technologicznym całkowicie przegrali natomiast rzemieślnicy produkujący koła i całe wozy – kołodzieje. Co prawda z przymrużeniem oka można przyjąć, że niektóre ich funkcje pełnią dziś wulkanizatorzy i mechanicy pojazdowi, ale są to przecież zakłady usługowe, a nie wytwórcze. Wynalazek koła przypisuje się Sumerom zamieszkującym Mezopotamię od IV do II tysiąclecia p.n.e., ale – co ciekawe – najstarszy na świecie rysunek pojazdu kołowego znaleziono na terenie Polski, na tzw. wazie z Bronocic datowanej na ok. 3635-3370 r. p.n.e., wykopanej na granicy dzisiejszych województw małopolskiego i świętokrzyskiego.

Koło – z naszej perspektywy banalny przedmiot – znacząco przyczyniło się do rozwoju cywilizacji Starego Świata (Indianie w epoce prekolumbijskiej nie znali koła). Kołodziejstwo szczególnie zapisało się też w naszej historii – protoplastą pierwszej dynastii władców Polski był przecież Piast Kołodziej. Wytwórcy kół i wozów mieli dużą wiedzę i umiejętności, zachowywali również szczególny reżim technologiczny. Obody, czyli obręcze zewnętrzne wykonywano poprzez gięcie z jednego kawałka drewna albo poprzez sztukowanie okręgu z kilku elementów. Bez względu na wykorzystaną technologię, zrobienie pary identycznych kół było zawsze dowodem opanowania warsztatu, ale też cierpliwości i precyzji. Z tego powodu wśród wielu rzemiosł określanych wspólnym mianem ginące zawody kołodziejstwo zajmuje szczególne miejsce, chociaż kultywowane jest już wyłącznie przez hobbystów uczestniczących w rekonstrukcjach historycznych czy festynach archeologicznych.

 

Dzieje duchowości zapisane w dziedzictwie niematerialnym

Zbigniew Skuza w monografii Ginące zawody w Polsce wymienia jeszcze wiele innych profesji, które można zaliczyć do tego – nieostro definiowanego – zbioru. Obok wciąż aktywnych cieśli, stolarzy, krawców, szewców czy rymarzy wymienia będących z pewnością w odwrocie bednarzy, tkaczy czy sitarzy. Pisze też o tradycjach wytwórczości na potrzeby własne: bartnictwie czy domowym wypieku chleba. W roku 2003 na Konferencji Generalnej UNESCO przyjęta została Konwencja w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Wśród podlegających ochronie dziedzin znalazło się też umiejętności związane z rzemiosłem tradycyjnym. Rewolucja przemysłowa i postęp cywilizacyjny umniejszyły znaczenie wielu z owych rzemiosł tradycyjnych. Wytwory małych warsztatów miejskich bądź wiejskich miały zazwyczaj indywidualny, niepowtarzalny charakter. Pięknie zdobione przedmioty codziennego użytku umilały życie i kształtowały gust estetyczny naszych przodków. Z drugiej strony każdej działalności rzemieślniczej towarzyszą wierzenia, przesądy i opowieści, które zasługują na ochronę na równi z samymi pragmatycznymi umiejętnościami rękodzielniczymi. Takie spojrzenie na rozwój cywilizacji pozwala zachować dystans wobec pozbawionego duszy, skrajnie stechnicyzowanego i odhumanizowanego postępu. Być może niektóre zawody z czasem wrócą do łask. Już dziś wśród zwolenników slow-food popularne stają się małe młyny gospodarcze produkujące małe ilości mąki czy kasz z surowców pochodzących z zaufanego źródła. Coraz popularniejsze staje się też korzystanie z usług krawców i zakupy u ludowych hafciarek. Inne zawody już nigdy nie będą miały znaczenia gospodarczego, ale warto zachować je w pamięci ze względu na ich historyczny wymiar. Można nawet przyjąć, że poznając dawne zawody i ich specyfikę, obcujemy nie tylko z historią postępu technicznego ale w równym stopniu z dziejami ludzkiej duchowości.