KINO WYCIĄGNIĘTE Z RZECZYWISTOŚCI

Jest pan autorem wielu filmów dokumentalnych. Jaka jest pana osobista, taka bardziej „intuicyjna” definicja terminu film dokumentalny? Najprościej mówiąc, to „kino wyciągnięte z rzeczywistości”.  Wolę zamiast określenia „film dokumentalny” używać „kino dokumentalne”, ponieważ do filmu dokumentalnego zalicza się filmy oświatowe, przyrodnicze, historyczne i bliższe reportażowi dokumenty telewizyjne. Mnie natomiast najbardziej fascynuje to, że film dokumentalny … Czytaj dalej KINO WYCIĄGNIĘTE Z RZECZYWISTOŚCI

woak torun

KINO WYCIĄGNIĘTE Z RZECZYWISTOŚCI

Jest pan autorem wielu filmów dokumentalnych. Jaka jest pana osobista, taka bardziej „intuicyjna” definicja terminu film dokumentalny?

Najprościej mówiąc, to „kino wyciągnięte z rzeczywistości”.  Wolę zamiast określenia „film dokumentalny” używać „kino dokumentalne”, ponieważ do filmu dokumentalnego zalicza się filmy oświatowe, przyrodnicze, historyczne i bliższe reportażowi dokumenty telewizyjne. Mnie natomiast najbardziej fascynuje to, że film dokumentalny może być kinem. Jako młody chłopak zauroczyłem się filmem Jak żyć? Marcela Łozińskiego. Zamarzyłem wtedy, żeby właśnie takie kino oglądać i takie kino robić. Nie wiedziałem, jak to było zrobione, czy autor przerobił rzeczywistość, czy tak umiejętnie ją podpatrzył. Usłyszałem określenie film dokumentalny, a oglądałem przecież „normalny” film. Zrozumiałem, że to nie są aktorzy, którzy coś odtwarzają, ale kamera zajrzała do czyjegoś życia. Okazało się, że życie składa się z tych samych elementów, z których czerpie kino.

Do dzisiaj jest to mój wzorzec kina dokumentalnego. Fascynuje mnie podpatrywanie rzeczywistości – takiej codziennej, czasami monotonnej, niekiedy smutnej, ale jeśli patrzy się z zewnątrz, również wzruszająco zabawnej.  Próbuję wyciągać z tej podpatrzonej rzeczywistości elementy życia, układać jak klocki i z takich drobiazgów staram się utkać film.

 

Pierwiastek artystyczny jest bardzo istotny?

Nie używam słowa artystyczny, wolę określenie kino autorskie.

 

Czy przystępuje pan do pracy z gotowym scenariuszem?

Trudno jakikolwiek film zrobić bez scenariusza. W filmie dokumentalnym może on być mniej doprecyzowany – stanowić zalążek myśli, idei, która krystalizuje się w czasie pracy. Jeśli robię film bardzo blisko siebie, tzn. na bliski mi temat, wiele mogę sobie wyobrazić, żeby doprecyzować scenariusz. Są jednak filmy powstające z fascynacji czymś, co dzieje się daleko. Gdy mam taki „świeży” temat, który nie wychodzi z mojej rzeczywistości, na pierwszym etapie wyobrażam sobie film i piszę tak wymyślony scenariusz. On może być bajką, najczęściej odległą od rzeczywistości, bo ja tego świata w ogóle nie znam. Kiedy uda mi się w to miejsce pojechać, staram się otworzyć oczy – głowę – i zobaczyć wszystko, zebrać jak najwięcej informacji związanych z interesującym mnie tematem. Kiedy już znajdę tę ideę filmu, zastanawiam się, czym zaczarować widza, żeby podążał za tym, co chcę pokazać przez cały film, żeby po pierwszych pięciu minutach nie powiedział: …to ja już wiem, co będę oglądał, dziękuję, wychodzę.  To jest według mnie budowanie scenariusza w kinie dokumentalnym. Najważniejsze jest, aby znaleźć coś, co tę rzeczywistość uruchomi, sprawi, że się ona zagęści. Scenariusz jest zawsze trochę życzeniowy, ale przecież pewne rzeczy możemy sobie wyobrazić. Jesteśmy na przykład w stanie przewidzieć, co się stanie, gdy spotyka się dwoje ludzi, którzy chcą się spotkać, a co jeśli oni nie chcą się spotkać… Mogą się zdarzyć różne warianty tego spotkania, jednak wiele możemy przewidzieć. Na tym polega myślenie nad scenariuszem, do czego w filmie dążę. Ani ja, ani – jak sądzę – większość reżyserów nie robi filmów metodą …bierzemy kamerę, kręcimy wszystko, co się dzieje w miejscu, które nas interesuje. Z czegoś takiego film raczej nie powstanie.

 

I nigdy nie zdarzyło się, że musiał pan zmienić pierwotny pomysł?

Zazwyczaj dążę do tego, co od początku chcę uzyskać i najczęściej się udaje. Oczywiście, rzeczywistość mnie zaskakiwała, była inna niż sobie wyobrażałem i wtedy musiałem szukać w obrębie tej rzeczywistości czegoś innego. Tak było w przypadku filmu Kuracja, to mój pierwszy film, który zrobiłem w Szkole Wajdy. Zafascynował mnie Ciechocinek i sytuacje, które w tym kurorcie widziałem. Sytuacje wzruszające i śmieszne, gdy zazwyczaj starsi kuracjusze nagle odżywają i przeżywają swoisty „karnawał”. Wydawało mi się, że będzie to wesołe kino, ponieważ widziałem tak dużo radości – choćby takiej tylko na chwilę.

Zobaczyłem raz scenę dokładnie jak z filmu Michałkowa: w salonie tańczyła para starszych osób, ktoś grał na pianinie, a tuż obok dziesięciu kuracjuszy oglądało telewizję. Nikt nikomu nie przeszkadzał, na dodatek wszystko działo się w pamiętającym czasy przedwojennej świetności bogatym wnętrzu. Zauroczyła mnie ta scena i właśnie wtedy pomyślałem: to jest mój film. Tymczasem, gdy przyjechałem na zdjęcia, okazało się, że akurat na ten turnus trafiło trzydziestu najbardziej chorowitych kuracjuszy z Polski. Ich pobyt finansował ZUS, a oni sami często nie mieli pieniędzy ani na żadne atrakcje, ani nawet na piwko, na dodatek gnębił ich „kaowiec”, który nie miał dla nich żadnej atrakcyjnej propozycji. Byli smutni i przygnębieni. Ten smutek mnie przeraził i zacząłem się bać, że nie zrobię filmu, bo rzeczywistość okazała się inna od tego, co sobie wcześniej wyobraziłem. Potrzebowałem trochę czasu do namysłu, ale znalazłem sposób i uruchomiłem tę rzeczywistość. Wymyśliłem trochę smutną, trochę zabawną scenę: poprosiłem bohaterów, żeby poopalali się na leżakach, a najmłodszą kuracjuszkę – młodą dziewczynę, która wyraźnie kontrastowała z pozostałymi – poprosiłem, żeby opalała się gdzieś na ich horyzoncie. Sytuacja uruchomiła serię rozmów i wtedy zrozumiałem, że wystarczy trochę inaczej tę rzeczywistość opowiedzieć i mój film powstanie. Przeraziło mnie tylko, że jeszcze muszę wymyślić trzydzieści, a może i pięćdziesiąt takich scen, a minęła już jedna trzecia turnusu… Także, gdybym podążał dokładnie za swoją pierwszą myślą – ma być wesoło, to po prostu bym Kuracji nie zrobił.

Werner Herzog zawsze złapie rzeczywistość, nawet jeśli ona się zmieni diametralnie, z kolei Marcel Łoziński, który dał mi najwięcej w Szkole Wajdy, w ogóle za film się nie zabiera, dopóki całego nie wymyśli. Nie wiem jak on to robi, ale „dzieje mu się” dokładnie to, co ma napisane. Jego scenariusze są bardzo skrupulatne, bardzo precyzyjne. Jednak on wywodzi się jeszcze ze szkoły realizacji filmu na taśmie. Tam, jeśli się włączało przycisk kamery, coś musiało na tej taśmie zostać.

 

Jest pan współzałożycielem Bydgoskiej Kroniki Filmowej, która jest przedsięwzięciem wyjątkowym w naszym regionie. Skąd pomysł na taką formę wspierania młodych filmowców?

Bydgoska Kronika Filmowa ma dwa podłoża. Jedno egoistyczne, drugie trochę mniej egoistyczne. To pierwsze wynika z naszego przywiązana do tego miejsca. Obaj z Marcinem Sauterem, współzałożycielem BKF-u, jesteśmy bydgoszczanami. Prowadząc Kronikę, mamy ciągle pretekst, żeby tu być, żeby tu wracać…

Tak naprawdę, chcieliśmy stworzyć z Marcinem takie miejsce, którego my w młodości nie mieliśmy. Wywodzimy się z kina niezależnego. Na przełomie lat 80. i 90. zbieraliśmy po upadających klubach filmowych stary sprzęt filmowy, nie było nas stać na kamerę VHS i jedyną szansą było robienie filmów na sprzęcie, który wtedy wychodził z użycia, czyli kamerach na taśmy 8 i 16 mm. Coraz mniej osób potrafiło je obsługiwać, a my zdobywaliśmy stare taśmy, jakieś ścinki, np. ze szkoły w Łodzi, nauczyliśmy się je wywoływać i właśnie na takich taśmach zrobiliśmy swoje pierwsze filmy. Co prawda w Pałacu Młodzieży pan Arkadiusz Blachowski – do dziś nasz przyjaciel – trochę pomagał nam w rozwoju, ale tam też były ograniczenia. Dostęp do kamery VHS mieliśmy tylko raz w tygodniu.

Mieliśmy przeczucie, że jest więcej takich ludzi jak my, wrażliwych i warto im pomóc. Szybko się okazało, że to ma sens. Bydgoska Kronika Filmowa istnieje już dziesięć lat. W tym czasie przewinęło się przez BKF ponad czterdzieści osób, powstało około osiemdziesięciu filmów, wiele z nich zdobywało nagrody na różnych festiwalach. Naszą ideą było, aby młodych ludzi zarazić kinem. Nikogo do niczego nie zmuszamy. Niektórzy, szukając swojej drogi, przychodzili do nas i po jakimś czasie szli szukać dalej, ale wierzę, że ten czas w BKF-ie był im w danej chwili potrzebny. Wiele osób związanych jest z nami przez ładnych kilka lat. Te więzi są naprawdę silne, oni nam pomagają przy naszych filmach, czasem my możemy im pomóc. Poza tym, każdy, kto będzie potrzebował jakiejś konkretnej pomocy, którą my możemy zapewnić, może się do nas zwrócić.

W roku szkolnym spotkania BKF-u odbywają się zazwyczaj raz w tygodniu. Żeby nie było zbyt rutynowo, wymyślamy z Marcinem różne zadania. Czasem przez kilka kolejnych dni robimy wspólnie jakiś film. Prowadzimy też akcję Bydgoszcz na taśmie, w ramach której zbieramy archiwalne filmy z Bydgoszczy i z regionu, wszystkie opisujemy, archiwizujemy. To jedyne w Polsce takie ogólnodostępne archiwum.

Nie tylko dla osób związanych z Bydgoską Kroniką Filmową, ale dla wszystkich osób z regionu i z całej Polski, wymyśliliśmy formułę warsztatów kina gatunkowego. Lubimy kino amatorskie i niezależne, wiemy, że to jest świetna zabawa i świetny sposób na kreatywne spędzanie czasu. Co roku w pałacu w Ostromecku organizujemy takie tygodniowe warsztaty. Przerobiliśmy już kryminał – Zbrodnia w Pałacu, przerobiliśmy science-fiction – to był Kosmos w Pałacu, był też Horror w Pałacu. W tym roku – najprawdopodobniej w grudniu – mamy zamiar zorganizować Wojnę w Pałacu. W trakcie trwających tydzień warsztatów powstaje kilka filmów, to naprawdę bardzo intensywna praca.

 

Jak duże jest zainteresowanie warsztatami?

Bywa różnie. W niektórych latach było około czterdziestu zgłoszeń z całej Polski, a nawet z zagranicy. Dzięki temu możemy wybrać osoby, co do których czujemy, że naprawdę przez te kilka dni dadzą z siebie sto procent.

 

Uczestnicy są kwalifikowani na podstawie nadsyłanych scenariuszy. Czy nie ogranicza to dostępu tym, którzy chcieliby się specjalizować w jakiejś konkretnej sferze, np. oświetleniu planu?

Warunkiem jest pasja, na tych warsztatach każdy robi wszystko. Być może oświetleniowiec wymyśli fajny pomysł. On może to nieporadnie napisać, ale daje zalążek, który ma szansę na rozwinięcie w coś ciekawego.

 

Bydgoska Kronika Filmowa świętuje swoje 10-lecie. Czy ten jubileusz obchodzony jest w jakiś szczególny sposób?

Z okazji 10-lecia Bydgoskiej Kroniki Filmowej postanowiliśmy zrobić coś spektakularnego. Padł pomysł, aby wspólnymi siłami wszystkich osób, które się przez BKF przewinęły, zrobić film. Napisaliśmy do czterdziestu osób, z propozycją: robimy film fabularny, każdy ma trzy dni na realizację; nie ma żadnego scenariusza, a każdy realizuje scenę po obejrzeniu tego, co dotąd powstało. Pierwsza osoba ma białą kartkę, następna ogląda to, co powstało i wymyśla film dalej. Odpowiedziało około trzydziestu osób. Kolejność realizacji ustaliliśmy losowo. Z tego eksperymentu powstał bardzo zabawny film pod tytułem Żyleta. Jest do obejrzenia na naszej stronie internetowej, podobnie jak większość realizacji BKF-u. Ukazała się również płyta DVD Best of BKF, na której znalazł się wybór filmów zrealizowanych przez członków Kroniki w ciągu minionych dziesięciu lat.

 

W wielu dziedzinach rozmywa się pojęcie twórczości amatorskiej. Jak jest w filmie? Czy istnieje w ogóle coś takiego jak film amatorski, czy możemy jedynie mówić o kinie niezależnym, offowym?

Definicje, nie tylko w kinie, są trudne. Trudno rozdzielić, czym jest kino amatorskie, czym kino niezależne. Filmowiec, który ma jakieś wyższe ambicje, chociaż nie skończył jeszcze żadnej szkoły, jest przekonany, że robi coś więcej niż amator i nie chce się nazywać amatorem. Chce się nazywać „niezależnym”, bo to lepiej brzmi. Amator to ktoś, kto stawia pierwsze kroki trochę w ciemno, trochę po omacku, a twórca niezależny robi takie kino, jakie naprawdę chce robić i nie jest uzależniony od czyichś decyzji, jakie ono ma być. W takim ujęciu twórcą niezależnym jest np. Lars von Trier.

Mam poczucie, że to, co młodzież robi w BKF-ie jest właśnie kinem amatorskim i niezależnym jednocześnie. Trochę mi jednak żal, że nie ma dziś zbyt wielu festiwali typowo amatorskich, nie docenia się twórców, którzy mają ochotę po prostu bawić się kinem. W programach festiwali niezależnych zazwyczaj znajdują się filmy szkolne albo takie, których poziom już mocno odskakuje od tych naprawdę amatorskich. Taką rolę pełnił kiedyś np. Festiwal OKFA w Koninie, ale sami organizatorzy przyznali mi kiedyś w rozmowie, że są bezradni, bo nie wiedzą, jak to rozgraniczyć, nie znaleźli jeszcze patentu, jak kino typowo amatorskie na nowo przywrócić do łask.

 

Czy rozwój technologii, popularność serwisów typu YouTube może być szansą na rozwój kina amatorskiego?

Nie jestem zbyt mocny w świecie internetu i nie wiem czy miałoby to rację bytu. Gdyby ktoś wziął się za to na serio i stworzył np. porządny festiwal internetowy kina amatorskiego, to mógłby to być fajny pomysł. Taki konkurs mógłby stać się trwałym elementem na mapie festiwali filmowych i mógłby przywrócić wagę temu kinu.

Muszę jeszcze dodać, że kino niezależne jest szansą na przeżycie czegoś niezwykłego. Do dziś uważam, że to najwspanialszy sposób spędzania czasu. Robi się coś kreatywnego i satysfakcję z tego ma nie tylko reżyser, ale wszyscy pracujący wokół filmu. Taki film to niezwykła pamiątka na całe długie lata.

Przykładem kina amatorskiego jest seria filmów Kandydaci Śmierci. Zaobserwowałem, że pokolenie mojego, wówczas nastoletniego, syna – a przynajmniej ta część tego pokolenia, którą obserwowałem – gnuśniało. Oni nie spędzali twórczo czasu, w jakikolwiek sposób twórczo – nie czytali, nie rysowali, nie poszerzali swojej własnej wiedzy. Nawet na wakacjach często byli bierni. Nie krytykuję tego, tylko uświadomiłem sobie, że oni nie znają zapachu ogniska. Dlatego wziąłem mojego syna i jego kolegów na wakacje w miejsce pozornie najnudniejsze, gdzie nic nie ma: sklepu, internetu, telewizora. Miałem trochę egoistyczne pobudki, chciałem zrobić o nich film. Pomyślałem, że to jest fajny okres w życiu i muszę o tym opowiedzieć. Oni byli załamani, ale dałem im alternatywę, powiedziałem: dam wam kamerę i pomogę zrobić film. To będzie wasz film, zrobicie go jak chcecie. Wiedziałem oczywiście, że im będzie głupszy, tym lepszy. Im więcej będzie w nim nawiązań do kina gatunkowego, które znają, tym lepiej. Pojechaliśmy na Podlasie, mój kolega miał chatę w miejscu rzeczywiście odległym od cywilizacji. Połaziliśmy najpierw po okolicy, próbowałem zainspirować ich miejscem. Oni zaczęli wymyślać scenariusz, trochę im podpowiadałem i potem filmowałem. Tak zrobili swój pierwszy film, thriller Kandydaci śmierci. Wyszło to zabawnie, bo jako trzynastolatkowie odgrywali role dorosłych. Natomiast tak dużo musiałem im pomóc technicznie, że nie zrobiłem swojego filmu. Za rok musiałem ich zabrać jeszcze raz w to samo miejsce. Poprosiłem, żeby nie ścinali włosów, żeby wyglądali tak samo. Kiedy tam pojechaliśmy, zrobili drugą część swojego filmu, a ja zrobiłem swój film. Druga część Kandydatów Śmierci opowiadała o potworze z kosmosu, którego ja musiałem zagrać. Okazało się, że złapali bakcyla i po powrocie zaczęli robić swoje filmy. Kiedy zbliżały się kolejne wakacje, zapytali mnie, czy pojechalibyśmy trzeci raz. Pomyślałem: czemu nie. Skoro chcą, ja zawsze znajdę dla nich czas. W tym  roku byliśmy już po raz ósmy, czyli powstało osiem części Kandydatów Śmierci. To jest właśnie kino amatorskie w czystej postaci. Co roku przyjeżdżamy w nowe miejsce i nigdy nie wiemy, czego się spodziewać. Zazwyczaj są to miejsca na odludziu, bo trzymamy się konwencji dreszczowca. Fantastycznie się przy tym bawimy. Powstają filmy, które puszczamy w kinie Orzeł i mają one swoją publiczność, dostały się nawet na jeden festiwal. Pewna grupa miłośników takiego kina zatem jest, ale napawa mnie smutkiem, że generalnie nie ma miejsca na takie czyste kino amatorskie i bardzo tego żałuję.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Maciej Cuske – reżyser, scenarzysta i operator filmów dokumentalnych. Urodził się i mieszka w Bydgoszczy. Absolwent Szkoły Wajdy (dawniej Mistrzowska Szkoła Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy), autor nagradzanych na wielu festiwalach filmów: Kuracja, Elektryczka, Katyń. 60 dni na planie, Andrzej Wajda. Róbmy zdjęcie, Na niebie na ziemi, Kruzenshtern. Wspólnie z Marcinem Sauterem założył fundację Bydgoska Kronika Filmowa, której celem jest promocja i wspieranie sztuki filmowej.

 

Maciej Cuske będzie prowadził w Wojewódzkim Ośrodku Animacji Kultury w Toruniu od 21 do 23 kwietnia 2017 r. warsztaty Film dokumentalny. Mogą w nich wziąć udział twórcy niezależni, instruktorzy ośrodków kultury ds. filmowych pracujący z młodzieżą, a także inni otwarci na przygodę z kamerą miłośnicy sztuki filmowej, również kandydaci na studia reżyserskie i dziennikarskie.